Anim patrzał na słońce przez lny,
Anim chodził do boru po sny -
Jenom widział, jak rzucony wzdłuż
Cień mój powstał, by nie upaść już.
Przetarł oczy i otrząsnął pył
Co był złoty i wiekowy był,
W dniach zamierzchłych rozejrzał się wstecz
Przywdział zbroję i przypasał miecz.
Siadł na rączy, na bułany koń,
Uśmiechnięty cwałował przez błoń,
Kopytami tratując na płask
Kół słonecznych po murawie brzask!
Dokąd zbiegłeś, konny cieniu mój?
Czy z różami na śmiertelny bój?
Czy do baśni, niewidzialnej stąd?
Czy w umyślny gwiazd po niebie zbłąd?
" Ni do gwiezdnych wyżej ziemi burz,
Ni do białych niżej słońca róż,
Jeno pragnę powrócić w ten kraj,
Gdzie ty byłeś - drzewom dany Maj!
Gdzie Ty byłeś - ponad jarem dąb,
Zasłuchany w zew anielskich trąb,
A ja - wpoboku od słonecznych wrzeń -
W głębi jaru - twój dębowy cień!
Gdzie ty byłeś - z tamtej strony chaty
W snach zapadły, nieprzebyty sad,
A ja - na wznak poległy u wrót -
Twej zadumy wzór nikły i skrót!..."
Wracaj, cieniu konny cieniu mój,
Poprzez kwiaty - w ten za nimi znój,
Poprzez biały na jabłoni puch -
W zmierzch dębowy, gdzie bywał mój duch!
Anim patrzał na słońce przez lny,
Ani chodził do boru po sny -
Jenom widział, jak w wiosenny czas
Z cieniem moim Bóg spotkał się raz...
Bywają ognie - podobne do ciszy,
Co na przechodnia w zaroślach czatuje...
Takich się ogniów nie widzi, lecz słyszy -
Nawet nie słyszy, lecz raczej zgaduje.
Serca im w piersi wonieją, jak róż -
Lecz mi nie wolno korzystać z róż mocy,
Ni czarów własnych nadużyć po nocy,
Ni łkać, ni wątpić, ni konać w lazurze!
Nie wolno modlitw gałązki jedynej,
Niesionej Bogu ku czoła ozdobie,
Przyłamać stopą - lub przyśnić się tobie
W postaci nagiej, zuchwałej dziewczynie!...
Więc próżno patrzą w słoneczność dokolną,
Bo im ni kochać, ni szaleć nie wolno.
***
A oni właśnie najtrwalej, najdzielniej
Mogliby kochać od nocy do świtu -
Podobni mewom w zatokach błekitu,
Tym od nich różni, że tak nieśmiertleni.
Oni to właśnie zmysliliby krocie
Pieszczot zawiłych, nieznaych na ziemi,
I niestrudzeni byliby w pieszczocie,
I niestrudzeni - i wilecy - i niemi!
Bo dla nich tylko, zaprawdę, że dla nich
Przyjdzie ta miłość, co światy ogarnie!
Jam śledził w niebie poloty ich sarnie
I lęk błękitny w ich źrenicach łanich!
Jam słyszał nieraz, że szemrzą jak płomień,
Skrzydłem, utkanym z tęcz i oszołomień!
***
Znojni miłosnych zachceń tajemnicą,
Jednako zemdleć potrafią w pogoni
I za rycerzem, co kocha się w broni,
I za bezbronną na kwiatach dziewicą.
Zmarli i żywi, zbożni i występni,
Niezwyciężeni - i ów, który ginie -
Są ich miłości zarówno dostępni,
Jak szczyty górskie i kwiaty w dolinie!
Nie ujdzie motyl, ni pszczoła, ni szerszeń
Ich oczom chciwym, gdzie błękitna baczność
Zmienia tęsknotę e bezbrzeż i cudaczność,
Skapiąc jej wszelkich granic i zawierszeń!
Bo niee zna granic ich żądzy przewina,
Prócz tej, gdzie nagłe szczęście się zaczyna...